Wieczna pogoń


Kultura, w której żyjemy domaga się od nas ciągłej walki, rywalizacji, zmagania się w niekończących się bitwach o zysk. Stymuluje nas nagrodami i karami, obrabia kijem i marchewką, mami obietnicami szczęśliwego życia w ziemskim raju lub straszy konsekwencjami odpuszczenia. W konsekwencji prowadzi to do rozregulowania naszego wewnętrznego kompasu.

Tracimy kontakt sami ze sobą. Stajemy się ofiarami kultu sukcesu. Sukcesu, który często odklejony jest od naszych prawdziwych, często nieuświadomionych, potrzeb. Uciekamy w fałszywe strategie ich realizacji, prowadzące do zagubienia i frustracji, do pogrążania w świecie złudzeń.
W krótkim tekście chce wskazać na trzy niepokojące wymiary tego zjawiska. Po pierwsze, kult sukcesu, w jego współczesnej odmianie, prowadzi do zewnątrzsterowności. Internet pełen jest motywacyjnych apeli w stylu “możesz wszystko’, “granice nie istnieją”, “możesz stać, się kim zapragniesz”. Ok, rozumiem – afirmacja się przydaje. Pozytywne myślenie dodaje wiary i odwagi. Niejednokrotnie pozwala wydobyć się z dołka. Tu jednak chodzi o coś innego.
W praktyce uleganie tego rodzaju hasłom sprowadza się najczęściej do kopiowania obcych pomysłów na życie, kserowania zewnętrznych modeli, bezrefleksyjnego upodabniania się do kogoś innego. Prawdziwy rozwój nie polega przecież na uznaniu, że „mogę stać się, kimkolwiek zechcę – wystarczy, że mocno będę chciał” (w oderwaniu od swego “ja”, posiadanych zasobów, charakteru, osobowości) lecz na adekwatnym rozpoznaniu, kim rzeczywiście chcemy i możemy być, na odnalezieniu własnej, niepowtarzalnej ścieżki, na umiejętności wykorzystania tego, co mamy (talentów, zdolności, predyspozycji) do jak najpełniejszego wyrażania siebie.
Po drugie, niepokojącym zjawiskiem towarzyszącym kultowi sukcesu są nieustanne porównania. Wpatrujemy się w to, co zdobyli inni, pełni lęku, że mogą prześcignąć nas w gonitwie po określone dobra. Problem w tym, że my sami niekoniecznie potrzebujemy tych błyskotek. Traktujemy je jak zewnętrzne atrybuty siły, dlatego, że inni tak je postrzegają. Odrzucamy w efekcie to, co stanowi esencję nas samych.
Tymczasem prawdziwą wolność (niezależność, autonomię) możemy uzyskać dopiero wtedy, gdy przestaniemy się ustawicznie porównywać z innymi. Wpatrywać się w to, co robią, do czego doszli (w jakim wieku), jak wyglądają, ile zarabiają, jakimi samochodami jeżdżą. Gdy przestaniemy modyfikować nasze zachowania pod dyktando cudzych gustów. Biernie dopasowywać się do otoczenia. Ścigać się w wyścigu o rzeczy, których tak naprawdę nie potrzebujemy, by zrobić wrażenie na ludziach, których nie lubimy…
Porównania osaczają – nie pozwalają nam być autentycznym, żyć w zgodzie z sobą, realizować własnej wizji udanego życia, podążać unikalną ścieżką. Zamykają nas w klatce oczekiwań, ocen, osądów. Zachodzi tu charakterystyczny paradoks. Porównania prowadzą z jednej strony do uniformizacji, z drugiej – do bezsensownej rywalizacji. Chcemy się wyróżnić i jednocześnie dopasować. Być najlepszym w mimikrze. A przecież chodzi o to, pisze Brene Brown, by dbać o samoakceptację, poczucie przynależności lub prawdziwość, a nie o to, żeby być takim, jak wszyscy dookoła, tylko lepszym.
Po trzecie tzw. Ideologia sukcesu zakłada najczęściej, że sens podejmowanych działań jest zależny w prosty sposób od ich efektywności. Innymi słowy – celem aktywności jest realizacja celu. Osiągnięcie go nadaje wartość naszym czynom. Skutkiem takiego myślenia są albo rozczarowania, frustracje, zniechęcenia (kiedy celu nie udaje się urzeczywistnić), ale kompulsywne gonitwy za kolejnymi wyzwaniami (gdy po zdobyciu kolejnego szczytu szybko spada satysfakcja).
O wiele mocniej trafia do mnie metafora drogi. Po prostu pewnymi ścieżkami warto iść (bo są wartościowe same w sobie, bo dają poczucie głębokiego sensu, bo są wyrazem naszej misji), niezależnie od tego, czy zakończą się sukcesem, czy nie. Celem żeglowania jest żeglowanie… Kluczem jest postrzeganie pięknej podróży jako wartości samej w sobie.

Alternatywą dla kultu sukcesu, w jego kształcie narzuconym przez innych, jest po prostu samoświadomość – głębokie rozpoznanie siebie, swoich celów, pragnień i aspiracji. Wypracowanie własnej niepowtarzalnej misji, opartej na naszych autentycznych zasobach. I postrzeganie sukcesu w kategoriach wewnętrznego rozwoju a także możliwości przeniesienia w sferę rzeczywistych działań. Sukces to doskonalenie się w obszarze, którym jesteśmy dobrzy, w zgodzie z naszymi pasjami i talentami, w służbie innym ludziom. Dopiero takie działania mogą nadać naszemu życiu sens. Tomasz Tokarz

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

10 blokad w pracy nauczycieli

Celem edukacji jest rozwój dziecka

Edukacja według Ellen Key