Wobec edukacyjnej rewolucji



Przestraszeni edukacyjną rewolucją, która nadeszła nieco niepostrzeżenie (a której symbolem jest smartfon, wyszukiwarka google oraz youtube) próbujemy po omacku tworzyć jakieś ramy.

Po pierwsze próbujemy limitować czas. Tymczasem nie ma żadnych obiektywnych wzorców optymalnych granic czasowych w tym zakresie. Każdy używa tych narzędzi tyle, ile potrzebuje. Musimy młodych przygotować do samodzielnego decydowania o tym, ile powinni korzystać (dla własnego dobra) zamiast rozstrzygać za nich - ze stoperem w ręku.

Po drugie próbujemy limitować treści - dzieląc je na tzw. edukacyjne i nieedukacyjne. Tymczasem nie ma żadnych obiektywnych wzorców pozwalających na taki prosty podział. Edukacyjną wartość ma to, co przekłada się na nasz rozwój. A przełożyć się może zarówno akademicki tekst, jak gra czy rozmowa na messie. Musimy młodych przygotować do samodzielnego decydowania o tym, co służy ich doskonaleniu zamiast rozstrzygać za nich w oparciu o podstawy programowe - opracowane według wytycznych z poprzedniej epoki.

Po trzecie próbujemy limitować formy korzystania - dzieląc je na aktywne (twórcze), uznawane za bardziej wartościowe i pasywne (odbiorcze), które należy redukować. Tymczasem nie ma żadnych obiektywnych wzorców pozwalających na waloryzowanie tych form aktywności. Czy rzeczywiście nagrywanie filmu o skaczących świeżakach (uznawane za aktywne) jest bardziej rozwojowe niż rzekomo pasywne oglądanie materiałów video o genetyce z kanału Khan Academy (notabene zawsze jesteśmy w jakiejś interakcji z przekazem, coś z nami robi, jakoś go przetwarzamy). Musimy młodych przygotować do tego, by sami potrafili sami decydować o tym, co jest dla nich twórcze zamiast rozstrzygać za nich - w oparciu o własne wyobrażenia.

Tomasz Tokarz

Komentarze

Popularne posty